Wprowadzający melomanów w ten wieczór dyrektor Waldemar Malicki zauważył, że tym razem proporcja między wirtuozerią a żartem zostanie zachwiana, zdecydowanie górować będzie ta pierwsza… I nie pomylił się. Początek był jednak zabawny, bowiem Ron Korb próbował mistrza fortepianu nauczyć gry na małym drewnianym fleciku. Jak na pierwszą lekcję – wynik był niezły, choć dla uczciwości dodajmy, że pan Waldemar generalnie zajmował się dmuchaniem w instrument, a Kanadyjczyk przekładał palcami i dzięki temu wydobywała się muzyka…
Później było już bardziej poważnie, choć artysta jest osobą radośnie nastawioną do życia i ludzi. I to widać na scenie. Muzycy poznali się dwa dni wcześniej. Ron Korb zdążył już dać dwa koncerty: w Krynicy-Zdroju i w Suchej Beskidzkiej. Tam jednak towarzyszył mu pochodzący z Nowego Sącza pianista Paweł Sommer, który w rodzinnym mieście nie mógł wystąpić, więc tym razem zagrał (pięknie bardzo) Marcin Piotr Łopacki, jego kolega ze studiów.
Zatem kwartet w tym składzie w sali im. Lucjana Lipińskiego spotkał się po raz pierwszy (po jednej próbie). Ale zupełnie nie było tego widać. Kiedy muzyka instrumentalistom nie przeszkadza w graniu, znak to, że mamy do czynienia z wybitnymi fachowcami w swojej dziedzinie. I tak też było tym razem. Ron Kord sięgał po coraz to inne flety. O każdym (po angielsku) coś powiedział, skąd pochodzi, jaka jest jego historia… Jak brzmi – to było słychać. W każdym rozlegało się echo kraju, z którego został przywieziony: czy to z Kanady, USA, Australii, Ameryki Południowej, Irlandii, Japonii, Chin, Tajlandii, Singapuru czy Tajwanu…
Widzowie w zupełnej ciszy słuchali każdego utworu, w którym sporo było zapisanej wcześniej partytury, ale też wiele improwizacji. Po każdej kompozycji rozlegały się rzęsiste brawa. W ramach przyjaźni kanadyjsko-polskiej i żartu mistrz zagrał też naszą swojską nutkę – „Szła dzieweczka do laseczka”. Ten utwór został zapowiedziany jako chińska piosenka o walce ze... smokiem.
Były podczas koncertu ciekawe aranżacje dzieł znanych kompozytorów i autorskie melodie. Była muzyka ludowa (dzisiaj raczej nazywana folkową) z rozmaitych zakątków ziemi. Kiedy Ron wyciągnął indiański flet, powiedział, że to magiczny instrument, na którym grają szamani, kiedy jakiś mężczyzna nie może sobie znaleźć kobiety. Ponoć to pomaga. Zresztą sprawdziło się, bowiem na scenie pojawił się młodzieniec, a po chwili – młoda dama.
Szczególnie słuchając tej kompozycji odnosiło się wrażenie, że Ron Korb jest potomkiem wielkich indiańskich wodzów i czarowników. Taka jego uroda, którą odziedziczył po ojcu – Kanadyjczyku i mamie – Japonce. Niektórzy dopatrzyli się w nim podobieństwa do popularnego niegdyś włoskiego piosenkarza Drupiego… Poza sceną Ron Korb jest niezwykle sympatycznym człowiekiem, bardzo eleganckim, z pokorą podchodzącym do swojego zawodu i do ludzi. Tak to zwykle bywa, że znakomici artyści są nader skromni.
Dodajmy, że przyjazd Rona to w dużej mierze zasługa mieszkającego od wielu lat w Toronto Grzegorza (Grega) Przygockiego, znawcy i konesera muzyki, wydawcy płyt, dziennikarza i producenta. To właśnie on znalazł w Kanadzie Korba i zachęcił do przyjazdu do Polski. Ciekawostką jest też to, że - pochodzący z Łodzi - Greg Przygocki jest także związany z Sądecczyzną. Ma dom w… Kosarzyskach, gdzie od czasu do czasu przyjeżdża z żoną i bliskimi, gdzie też myśli osiąść po przejściu na emeryturę.
Filmowa relacja z koncertu...
Fot. PG






























